Feeds:
Wpisy
Komentarze

Kiedy śmierć puka do Twych drzwi.

Chyba niemal wszystkie wpisy jakie powstały na tym depresyjnym marnym blogu były związane z mniejszymi lub większymi przeżyciami emocjonalnymi, trudnymi momentami w życiu czy chwilowym przelaniem goryczy. Zawsze sądziłam, że były to sprawy istotne i warte spisania, zapamiętania, pozostawienia jakiegoś śladu, choćby dla przyszłej mnie.

Z dzisiejszej perspektywy stwierdzam, jak to zwykle bywa, że były głupimi wymysłami znudzonej nastolatki. Okres  dojrzewania często wyolbrzymia wiele rzeczy i robi widły z najmniejszej igiełki. I po co?

Wszystko od pewnego momentu zaczęło się układać, prostować, stabilizować. Kredki nabrały pięknych barw, mogłam rysować piękne rzeczy. Jednak przez jeden telefon i splot dalszych zdarzeń wszystko to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Kolory znów zniknęły, rozlała się czerń jak kleks na papierze. Chciałabym wrócić do tamtych chwil, do tamtego czasu i tamtego życia, by nie musieć zmagać się z dzisiejszą codziennością. Czarną, smutną, chujową. Pełną łez, rozpaczy i zwyczajnego poczucia niesprawiedliwości. Czy cokolwiek w życiu jest sprawiedliwe? Nie. Czy potrafimy się z tym pogodzić? Nie. Ja na pewno nie potrafię. I raczej nigdy nie będę w stanie pogodzić się z tym, że już nigdy się nie pokłócimy, nigdy nie skrytykujemy swoich upodobań i postępowania, nigdy nie obejrzymy razem serialu, nigdy nie zaśpiewamy z Violettą Villas, nigdy się nie przytulimy, nigdy nie zamienimy ni słowa, ni szeptu, ni nawet krzyku. Nigdy. Już nigdy nic. Tylko znicz.

W czym moje życie jest lepsze od Twojego? W czym jest ono cenniejsze, że mi jest dane dalej je marnować, a Tobie nie? Każdego dnia w mojej głowie dudnią pytania bez odpowiedzi. Każdego poranka muszę na siłę szukać powodów, żeby wstać, żyć i dalej być. Bez Ciebie. Tak bardzo żałuję straconych bezpowrotnie chwil i szans. Wiem jak bardzo kochałam Cię i nigdy nie przestanę.

Reklamy

A myśli plączą się i kroki mylą znów.

Tak sobie myślę, znowu myślę, że za dużo myślę. Może tylko myślę, że myślę, a wcale nie myślę? W myślach świata nie zbawię, myślami niczego nie zdobędę i niczego nie osiągnę, więc po jaką cholerę katuje się ich potokiem? Każdy krok, ruch, gest rozbity na najdrobniejsze cząstki elementarne i przeanalizowany w trzech wymiarach. Analityk. Tylko po co?

Leżę. Myślę. Czytam książkę. Myślę. Oglądam film. Myślę. Jadę rowerem. Myślę. Spaceruję. Myślę. Rozmawiam z ludźmi. Gubię wątek. Myślę. Patrzę w niebo. Myślę. Zamykam oczy. Myślę. Zasypiam. Myślę. Nie zasypiam. Bo myślę. Myślę. O czym myślę, sama nie wiem. Nie nadążam, nie wychwytuję tej jednej drobnej myśli. Milion myśli na sekundę i żadna zdaje się nie mieć żadnego wyższego sensu. Burdel.

Czytam książkę. Danny wkradł się do pokoju 217, chociaż obiecał, że tego nie zrobi. Ukradł klucz do pokoju, chociaż tata mu zakazał. Znajduje martwą od wielu lat kobietę w wannie. Kobieta go goni. Wendy znów płacze. Jack zasypia myszkując w papierach. Tak, tak, a ja myślę. Myślę, że chcę coś napisać. Myślę, że chcę napisać… już sama nie wiem. Kiedyś zwyczajnie wyrzygam wszystkie swoje myśli i nic już ze mnie / we mnie nie zostanie. Pustka.

Nie myśl. Czuj.

Codzienna myśli gonitwa.

Czy całe życie to ciągłe wyczekiwanie? Ciągła gonitwa? Ciągłe brnięcie przez tłum za czymś? Wiosłowanie pod prąd? Bieg pod wiatr? Spacer w trakcie burzy? Oczekiwanie na tego kogoś, na to coś, na ten właściwy moment, na to właściwe miejsce i na tego kogoś we właściwym miejscu? Czy kiedykolwiek osiąga się spokój ducha i poczucie, że osiągnęło się i zdobyło już wszystko, czego się pragnie? Czy kiedykolwiek następuje ten moment, gdy można z zadowoleniem usiąść na środku polany i stwierdzić, że jest pięknie? Bez splątanych myśli i potarganych wichrem planów. Tak po prostu. Z uśmiechem na twarzy położyć się na zielonej trawie i spoglądając w błękitne niebo, móc powiedzieć sobie szczerze „Nie może być lepiej!”. A jest dobrze? A może jednak może być lepiej?

Czytaj dalej »

Miarowy stukot. Deszcz. Za przezroczystą szybą, naznaczoną brudem czasu. Wszystko czas naznacza, nawet szybę. Deszcz przyciąga. Najpierw do okna. Lgnąc jak mucha do miodu. Pospiesznie wciąga buty. Płaszcza nie bierze, nie ma po co. Wybiega na deszcz. Krople spływają po puklach z hukiem lądując na chodniku. Biegnie przed siebie, nie zważając na spojrzenia przechodniów spieszących do ciepłych domów po ciężkim dniu. Biegnie. Dokąd? Nie wie. Przed siebie. Brakuje tchu. Zatrzymuje się. Łapczywie wdycha powietrze. Oddech po oddechu. Unosi dłonie. Obraca się. Wiruje dookoła bez opamiętania. Staje. Wyciąga dłonie ku niebu. Zbiera krople w dłoniach. Ociera twarz. Odgarnia mokre włosy z twarzy. Spogląda w niebo. Marzy. Marzy, że deszcz zmyje wszystkie jej niepowodzenia, lęki i bóle. Marzy, że w końcu się ułoży. Marzy, że odnajdzie ostatnie elementy układanki. Uśmiecha się szaleńczo, jakby właśnie jej powołanie się spełniło. Opuszcza głowę. Wraca.

Robisz mi nieporządek w chaosie.

Bądź mi

Bądź mi od stóp do głowy, od pięty do ucha
Od kolan do pachwiny, od łokcia do paznokci
Pod pachą, pod językiem, od łechtaczki do rzęs

Bądź biegunem mojego pomylonego serca
Rakiem, który mózg jedząc pozwoli poczuć mózg
Bądź wodą tlenu dla spalonych płuc

Bądź mi stanikiem, majtkami, podwiązką
Bądź kołyską dla ciała, niańką co kołysze
Jedz mi brud zza paznokci, pij miesięczna krew

Bądź żądzą i spełnieniem, rozkoszą, znowu głodem
Przeszłością i przyszłością, sekunda i wiecznością
Bądź chłopcem, bądź dziewczyną, bądź nocą i dniem

Bądź mi życiem, radością, bądź śmiercią, zazdrością
Bądź złością i pogarda nieszczęściem i nudą
Bądź Bogiem, bądź Murzynem, ojcem, matka synem

Bądź- i nie pytaj, jak Ci się wypłacę
A wtedy darmo weźmiesz najpiękniejszą zdradę:
Miłość, która obudzi śpiącą w Tobie śmierć

Rafał Wojaczek

Prośba

Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła

Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mej wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz

Rafał Wojaczek

Samo nic.

Kiedy człowiek zaczyna doceniać coś tak naprawdę? Kiedy to straci. Nie oszukujmy się. Tak właśnie jest. Kiedy nagle uświadamia sobie, że to co stracił, było i jest tym, co dawało mu szczęście, radość, poczucie spełnienia, coś, bez czego nie jest w stanie obejść się ot tak. Czymś, czego brak rani do krwi i skutecznie pozbawia chęci do życia. Czymś, bez czego nie jest sobą, kiedy już nie chce i nie potrafi nim być.

Czytaj dalej »

Spilled Ink Poetry

poezja autorska Jagoda Wróblewska Grzesiak

nic prostszego

o nauce językiem laika

Tomek w kuchni,

czyli moje kulinarne ekscesy

Strzelecki

Prosto z głowy...